Indianie Stanów Zjednoczonych a środowisko naturalne (od czasów najdawniejszych do lat siedemdziesiątych XX wieku)

Postrzeganie świata

Jeden z kilku poglądów dotyczących zapatrywań Indian na środowisko naturalne głosi, że amerykańscy tubylcy postrzegali ludzi jako jeden z wielu równorzędnych gatunków zamieszkujących wspólny świat, z których każdy miał tylko inne zwyczaje, wygląd i tryb życia. Wszystkie elementy tego świata harmonijnie współegzystując tworzyły krąg wzajemnych zależności i powiązań. Indianie rzeczywiście uważali, że świat jest w ten sposób zbudowany. Wszelkie katastrofy, kataklizmy, choroby tłumaczyli zachwianiem równowagi panującej we wszechświecie. Aby ją zachować należało postępować w odpowiedni sposób, uświęcony tradycją i odprawiać stosowne obrzędy. Indianie w ten sposób odnosili się tylko do elementów środowiska naturalnego. Poszczególne grupy rodzimej ludności kontynentu amerykańskiego nawiązywały relacje z innymi społecznościami ludzkimi przyjazne lub wrogie ale nigdy w jakiejś uświęconej formie dziękczynne. Oznaczałoby to, że ludzie byli postrzegani jednak jako odrębna część przyrody ale od niej bezwzględnie uzależniona. Nie zdarzały się w przeciwieństwie do korelacji międzyludzkich wyprawy odwetowe wobec zwierząt, mimo że drapieżniki uśmiercały również ludzi. Indianie tworzący plemiona i szczepy, nazywali siebie, określali się najczęściej mianem ludzie w wielu przypadkach dodając przymiotnik prawdziwi. Wskazuje to, że starali się w jakiś sposób wyróżnić ze świata, w którym żyli. Szczególny stosunek do ludzi, odmienny niż do elementów dzikiej przyrody świadczy, że Indianie jednak rozróżniali swój świat i świat przyrody. Nie starali się natomiast odciąć od natury ale żyć z nią w symbiozie przyjmując jej warunki. W przeciwieństwie do Europejczyków, którzy aby przetrwać starali się ujarzmić przyrodę, Indianie aby przeżyć bezwzględnie się jej podporządkowali. Być może właśnie dlatego ich cywilizacje nie rozwinęły się podobnie jak europejskie.

Wybitny dwudziestowieczny badacz społeczności indiańskich, Hazel W. Hertzberg w książce „The Great Tree and the Longhouse: the Culture of the Iroquis” napisał, że Irokezi dzielili swoją przestrzeń życiową, tak jak większość elementów znanego świata i kultury na dwie współzależne od siebie ale jednocześnie kontrastujące części: świat leśny funkcjonujący w cieniu wielkich drzew oraz polany i pola uprawne powstałe po wykarczowaniu drzew gdzie swobodnie docierały promienie słoneczne. Każda z tych dwóch części była opanowana przez siły nadprzyrodzone: nie do końca rozpoznane, zamaskowane duchy leśne i duchy kukurydzy przebywające na terenach zagospodarowanych. W lesie ślady działalności ludzkiej były znikome. Zaliczały się do nich ścieżki i pułapki na zwierzęta. Odwrotnie było na polanach gdzie znajdowały się pola uprawiane przez kobiety oraz osady składające się z długich domów wznoszonych przez mężczyzn i ogrodzonych drewnianą palisadą. Z lasu pozyskiwano pożywienie w postaci dzikich zwierząt, ptaków i różnych roślin. Pola dostarczały wyhodowaną kukurydzę, fasolę i dynię. Obszar leśny penetrowany był przez wrogów natomiast osady znajdujące się na polanach były strzeżone i bezpieczne – były domami.

Przytoczę w tym miejscu fragment wspomnień Georga Catlina, amerykańskiego malarza podróżującego w latach trzydziestych XIX wieku po ziemiach zamieszkiwanych przez Indian, spędzającego wśród autochtonów wiele czasu, opisujący zachowanie pewnego Indianina Pawnee. Jest to opis postawy, którą w dawnych czasach przedstawiano młodym ludziom jako godną naśladowania a i dzisiaj budzi szczególne uznanie. Wyrażający się przez nią stosunek do otaczającego świata był uważany przez Indian jako dobry, prawidłowy i wzorcowy tym bardziej jeśli wypływał z głębokiego przekonania a nie z przymusu. Fragment pochodzi z książki wydanej w 1939 roku zawierającej obszerne fragmenty wspomnień Georga Catlina:

„Jeden ze starszych wojowników podał do wiadomości plemienia, że w dniu porostu nowej trawy na preriach puszcza na wolność swego ulubionego rumaka i że na tę uroczystość wszystkich zaprasza. Wszyscy wojownicy przybyli dziwacznie pomalowani, przystrojeni w wojenne i myśliwskie trofea i z bronią. Urzędowa fajka pokoju poszła w ruch, po czym właściciel wprowadził na lassie rumaka w środek koła, utworzonego przez jeźdźców i pieszych. Koń był odświętnie przystrojony, niosąc na sobie kukłę wyobrażającą jeźdźca z tarczą, toporem i włócznią. Cały korpus konia był pomalowany rozmaitymi kolorami, z których czerwone oznaczały liczbę odbytych wypraw bojowych, a zielone liczbę polowań na grubszego zwierza.

Wojownik podszedł do konia i zakładając mu po kolei na szyję, strzelbę, włócznię zdobną w orle pióra względnie tomahawk miał przez cały czas przemówienie opisujące przewagi jakich dokonał dzięki szybkości i rozumowi konia. Za każde powodzenie dziękował mu dając do zjedzenia wiązankę świeżej paszy, względnie gałązki drzew, których liście stanowiły przysmak podczas wędrówek po lasach. Na zakończenie zwrócił się do wojowników i oświadczył:
Oto mój przyjaciel, który mi towarzyszył w sławnych bojach. Oto skalpy, które przy nim zdobyłem, oto pazury dzikich kotów, które darły moją i jego skórę. Aby mu okazać wdzięczność, puszczam go na wolność – niech odszuka plemię swoje i resztę życia wśród niego spędzi.

Zdjęto z konia kukłę, broń przewieszoną przez szyję, zwolniono lasso i otwarto koło robiąc wolne przejście na bezbrzeżne prerie pokryte świeżą runią”.

Dalej Catlin napisał, że każdy z wojowników Paunisów wypuszczał na wolność swego konia po upływie trzech – czterech lat służby.